Napisz do autora sowiakr@interia.pl Pokaż w wersji tekstowej/graficznej
"Kiedy zwierzęta były ludźmi, któregoś dnia Waszo spotkał
pewnego Yanoama i zaprosił go, żeby spróbował tytoniu; ten człowiek
powiedział, że tytoń jest dobry. Wtedy Waszo wziął nasiona tytoniu,
które trzymał w małej rurce bambusowej, tak jak do dzi się je
przechowuje. Wsypał kilka ziaren do liścia mikuemi i powiedział: "Zapal
na swoje roca ogień z kupim, który łatwo się pali. Po trzech dniach
rozsyp te ziarna na wypalonej ziemi i tylko lekko przykryj. Kiedy pokażą
się małe roślinki, przesadź je i osłaniaj od słońca dużymi liśćmi, ale
niezupełnie. Jak upłyną dni jednej ręki (pięć dni), jeżeli roślinki będą
mocne, zdejmij liście, którymi je nakryłeś, i zostaw roślinki na słońcu.
Od słońca tytoń jest mocny; od deszczu słaby". Jeszcze dziś Yanoama sadzą
tytoń w ten sposób. Mężczyźni wzywają Hekura Waszo i mówią: "Nie ja
sadzę, to Waszoriwe sadzi".
" Ettore Biocca
Opowieść kobiety porwanej przez Indian
Szwedzkie powroty o kiju
Jezioro Asunden, maj 2009
To był jeden z niewielu gorących dni tej wiosny w szwedzkim Östergötland. Już wcześniej zostaliśmy zaproszeni na rybobranie w tym terminie przez naszych znajomych poznanych dzięki portalowi Poloniainfo.se. Długo się nie zastanawialiśmy.
Jezioro Asunden jest malowniczo położone pomiędzy wzgórzami około 70 kilometrów na południe od Linköping. Jest ogromne. Ale o tym nie dane było nam się przekonać naocznie, gdyż żeby zobaczyć jego ogrom, trzeba byłoby płynąć naszą łódką około godziny. A aż tyle czasu to nie mieliśmy.
![]() | ![]() | ![]() | ![]() |
Po wykupieniu obowiązkowych licencji (można je kupić u gospodarza), udaliśmy się łodzią pożyczoną od znajomych na jezioro. Łódki wyposażone były pięciokonne silniki, co pozwalało na swobodne trolingowanie, a także w miarę szybkie przemieszczanie się z miejsca na miejsce. Nie było również problemu ze spiningowaniem i łowieniem z gruntu. Pogoda wymarzona. Można powiedzieć, że nawet ciut za gorąco, bo na łodzi można się było czuć jak ryba na rozgrzanej patelni. Atmosfera zupełnie sielankowa.
No i ta atmosfera udzieliła się także rybom, bo przez cały dzień od rana do wieczora udało mi się złowić jedną płotkę. Osławione szczupaki i okonie pochowały się pewnie przed upałem pod skałami.
Skały są wszędzie. Czasem są ledwo przykryty powierzchnią wody, więc płynąc trzeba wypatrywać oczy, żeby nie uszkodzić łódki. Na jeziorze jest mnóstwo wysepek, na których, gdy ktoś jest chętny, może poszukać spokoju w gorące letnie dni. Pływa sporo łódek, a na nich mnóstwo naszych rodaków, z których niestety większość rozpoznawaliśmy po niewyszukanym słownictwie. A głos po wodzie roznosi się wspaniale. Szczerze mówiąc, poza naszym gospodarzem nie spotkałem tutaj ani jednego Szweda. Może to jezioro już jest tak odłowione, że Szwedzi tu już nie przyjeżdżają?
Widoki wzdłuż całej drogi z Linköping do jeziora, a i na samym Asunden, są iście pocztówkowe. Nam udało się zobaczyć tylko jedną zatokę, ale i to wystarczyło. Warto tu przyjechać dla tych widoków i przyjemności popływania łodzią po czystej wodzie.
Jak już wspomniałem wcześniej, głosy po wodzie, a do tego wśród skał, niosą się wyśmienicie, więc nietrudno było odróżnić najbardziej popularne słowa używane przez wspaniale się bawiących polskich wędkarzy. Jedna grupka nawet wymyśliła oryginalny sposób na trollingowanie. Żeby nie zawracać łodzi, sczepili dwie ze sobą dziobami w przeciwną stronę i raz płynęli na jednym silniku w jedną stronę, a raz w drugą. Polak jednak potrafi.
Mimo braku spektakularnych połowów wycieczka była bardzo miła, szczególnie dzięki naszym znajomym, którzy wynajęli domek od pana Linderbacka, który pokazał nam przy okazji pięknego, aczkolwiek nieco zniszczonego Spitfire cabrio z lat sześćdziesiątych. Jego odrestaurowywaniem zajmuje się syn, Fredrik, nota bene pracujący ze mną w Szwecji w jednej firmie.
Adres internetowy do gospodarstwa Linderback to http://www.linderback.com. Strona jest również w języku polskim.
Był to ostatni dzień tak ładnej pogody o Östergötland aż do końca czerwca. Lato w Szwecji bywa jednak kapryśne.
Linköping, rzeka Stangan, maj 2009
Szwedzi nie łowią ryb...
![]() |
Przynajmniej nie na rzece Stangan przechodzącej czasem w Kinda Kanal. Przynajmniej na początku maja. W ogóle, to kto łowi ryby w Szwecji?
Naczytałem się w przewodnikach, że to narodowy sport. Czekałem, aż przyjdzie pogoda, będę wiedział, na które łowiska jaka licencja, kupię zanętę, robaki, może dokupię coś tutejszego do sprzętu. I w końcu przywiozłem dwa kilogramy zanęty z Polski, kupiłem robaki białe i czerwone, zapłaciłem za nie 80 koron - kwota straszna w porównaniu chociażby z ceną jednodniowej licencji za łowienie na jeziorze Roxen - i wybrałem się na ryby. Rzeka Stangan jest łowiskiem szczególnym. A dlatego szczególnym, że na odcinku od jeziora Roxen do śluz Sluttefors można łowić bez licencji, więc idealnym do sprawdzenia, czy tu o tej porze roku w ogóle są ryby.
Pojechaliśmy we trójkę. Ja, wędkarz z kilkunastoletnim stażem i oni, moi koledzy, z kijami od szczotki i żyłką, za którą można by byka prowadzić. O haczykach na suma już nie wspomnę. Ale to właśnie jeden z nich złapał pierwszą rybę - około dziesięciocentymetrową płotkę, podczas gdy ja bezskutecznie usiłowałem zaciąć cokolwiek na zestaw z drgającą szczytówką.
Poziom wody w rzece jest duży, jest ona częścią Kinda Kanal, turystycznego kanału żeglownego przeciętego siatką śluz, więc głębokość już nieopodal brzegu sięga dwóch metrów. Nieopodal przystań jachtowa z maszynami o zanurzeniu ponad dwa metry. Zestaw z drgającą szczytówką i koszyczkiem zanętowym wydawał się więc być idealny. Pogoda również: trochę pochmurno, wietrznie... Tylko ryby nie ma. Gdy Grzegorz przyniósł pierwszą wspomnianą wyżej rybę frustracja moja sięgnęła zenitu.
Założyłem czerwonego robaka jako dodatek do białych i w końcu poczułem upragniony ciężar na wędce. Około 25 centymetrowy leszczyk wprosił się na kolację. Potem już było łatwiej. W krótkim odstępie czasu złapałem jeszcze trzy leszcze i trzy płocie. Niby nic wielkiego, ale wystarczająco na rozpoczęcie szwedzkiego sezonu i na kolację dla trzech osób. Niby można by nałapać więcej, ale tu nikt nie łowi więcej, niż potrzebuje.
W nawiązaniu do tytułu, nad brzegiem rzeki, przynajmniej na tym odcinku, spotkaliśmy mnóstwo imigrantów. Przychodzą, przypatrują się nie odzywając się ani słowem, odchodzą. Czasami ktoś zapyta, czy jest tu jakaś ryba, usiłują łowić w niedalekim miejscu. Szwedzi nie łowią tutaj. Pewnie mają swoje miejsca na jeziorach z olbrzymimi szczupakami. Ale i na to przyjdzie czas.
Cztery dni później nie złowiłem nic.
Nic, bo tutaj niespełna dwudziestocentymetrowa płotka, to przecież nic. Muszę przeprojektować moje codzienne życie tak, aby rano przed pracą zdążyć jeszcze rzucić parę razy spinningiem. Oszalałem? Pewnie tak, bo wędkarstwo to szaleństwo, szczególnie gdy się spojrzy na ceny w tutejszych sklepach ze sprzętem. A jeszcze do tego na pudełkach widzimy napisy, że "made in Poland". Podczas gdy bezskutecznie biczowałem wodę podjechał samochód, wysiadł człowiek, rozłożył wędkę i rzucił trzy razy. Słownie - trzy razy. Po czym spakował się i odjechał. Znaczy, że jak w ciągu trzech rzutów nie ma brania, to ryby nie biorą i czas wracać do domu.
Może to też jest jakaś metoda.
Przyszedł piątek, a ja znów nad rzeką. Nałóg staje się coraz bardziej wyraźny. Nerwowe spoglądanie na zegarek w pracy, przyjazd do domu, coś do zjedzenia i pędem na ryby. Bo przecież tu Szwecja, tu są wielkie sztuki, a robaki drogie i nie wiadomo ile jeszcze w lodówce wytrzymają.
A tu brania ustały zupełnie. Zdesperowany dosypałem pół pojemnika robaków do zanęty. Bez skutku. Nie wiem, czy to zmiana pogody, kierunku wiatru, który zaczął wiać z północy przeraźliwym arktycznym zimnem, czy temperatura wody nie przekraczająca jeszcze dziesięciu stopni, czy może zbyt niski jej poziom. Widać zamknięto śluzy Tannefors.
Zacząłem obławiać przeciwległy brzeg, ten do którego nie mogę się dostać piechotą, bo prawa do niego zarezerwował sobie zakład utylizacji odpadów. Tabliczka przy wejściu informuje grzecznie, aczkolwiek stanowczo, że teren ogrodzony i "nie nada". Ryby też wzięły sobie to do serca. Brań w dalszym ciągu niet. Do tego dwóch nieszwedzkich mężczyzn o nieco ciemniejszej karnacji przyszło nad rzekę zjeść kolację z dwójką dzieci. Rzeka długa, szeroka, brzeg niezarośnięty, a oni usiedli akurat dziesięć metrów przy mnie. To nic, że usiedli, ale dzieciaki tak pruły swoje buźki przy wielkim zadowoleniu swoich ojców, że poczułem się podobnie zrezygnowany jak i te ryby. Zjedli co mieli, wsiedli do samochodu i odjechali w siną dal. Ryb jak nie było tak nie ma.
W międzyczasie przyjechał Witek i pojechaliśmy wzdłuż rzeki w kierunku jeziora Roxen w poszukiwaniu lepszych miejsc. Smród z oczyszczalni prowadził nas całą drogę i miejscami był nie do wytrzymania. Kierunek wiatru nie pozwalał dziś przyjemnie łowić nad Stangan.
Usiedliśmy przy pięknym rozwidleniu, ptaków mnóstwo. Można godzinami patrzeć, jak rybitwy polują na pokarm. Obserwują z góry swoje ofiary, a następnie lotem nurkowym spadają na zdobycz z głośnym pluskiem. Nie posiedzieliśmy jednak długo. Okazało się, że jest również utwardzone miejsce do wodowania łodzi wędkarskich. Wkrótce jedna z takich łodzi przypłynęła i czym prędzej zwinąłem zestaw. Szwedzi pokazali nam jak się wyciąga łódź motorową z wody za pomocą specjalnego wózka zaprzężonego w czteronapędowe Volvo. Jeden z nich zapytał mnie po szwedzku, na jaki rodzaj ryby poluję. Dobre sobie. Na jakikolwiek... Oni też wrócili pustą łodzią z Roxen. Pewnie jeśli nawet coś złowili, to swoim zwyczajem puścili wszystko z powrotem.
Po ich odjeździe zająłem się spiningowaniem, a raczej badaniem dna za pomocą moich przynęt. Wynik - stracony przypon, wahadłówka i obrotówka. Następnego dnia dorzuciłem do tego jeszcze jeden wolframowy przypon i dwie przynęty. A ryby nadal nie biorą. Jak dla mnie wystarczy łowienia w tym miejscu. Obiecałem sobie, że następnym razem dokupię dodatkowy bagaż w liniach lotniczych specjalnie dla celów wędkarskich.
Skończywszy łowienie skierowaliśmy się dalej w kierunku jeziora. Okolica malownicza, mijamy port jachtowy, drewniane domki, pomosty, drogie samochody... Żyć nie umierać. Tylko jak tu żyć, jeżeli jadąc na rowerze boisz się oddychać, by któryś z milionowej chmary różnej maści owadów nie wpłynął ci do otworów wentylacyjnych. Co by było gdybym usiadł? Wkrótce miałem się o tym przekonać nad brzegiem Roxen.
Do jeziora można się dostać tylko drogą wodną - rzeką. Brzegi są gęsto porośnięte roślinnością, w której mnóstwo gniazd wszelkiego rodzaju ptaków. Wybrały sobie to miejsce na wylęgarnię. Widać w Szwecji każde miejsce jest dobre. Rozśpiewane jest wszystko: krzaki, drzewa, pobliskie zarośla, szkoda tylko, że ptakom wtóruje autostrada. Mimo wszystko cieszę się, że mam tę rzekę tak blisko. Jak zasobne są szwedzkie jeziora w ryby przekonam się już pod koniec miesiąca na Asunden, gdzie pojadę polować na szczupaki. Aczkolwiek i tutaj, nad Stangan, późnoletnie i jesienne połowy mogą przyprawić o drżenie serca niejednego wędkarza. Ale wczesną wiosną jest tak sobie. Dobrze, że choć przyjemnie.